Najbardziej zapadają w pamięć rzeczy, które w mniej lub bardziej brutalny sposób zachodzą za skórę. Tak było z TM z ubiegłego roku pańskiego. Na 50km przed metą podczas wspinu na Lubomir pogodzie się dość konkretnie zdechło.
W przeciągu kilku chwil rozkręciła się ulewa, rześki wicher, a Celsjusze siadły w okolicach zera. Patologia była tego typu, że na zjazdach na zgrabiałych rękach miałem foliowe siatki, trzęsąc się momentami tak, że ledwie widać było trasę. Po dotarciu do Myślenic zalogowałem się na 3h w kebabowni czekając na transportowy ratunek Pawła. No ale jest co wspominać. Teraz miało być normalniej, prognozy zapowiadały rasową wiosenną manianę i tak w rzeczy samej było. 15C, chillout, puste szlaki i... kawałek fajnej długodystansowej jazdy na początek sezonu.